Zima pod znakiem wrony
Wyobraźnia jako język oporu
Grupy Wiekowe
Zagadnienia edukacyjne
„(…) jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów / jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic” – relacjonuje kronikarz w „Raporcie z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta. Warszawie w „Zimie pod znakiem wrony” Kasi Adamik pozostało niewiele więcej. Obrazy rozpływające się w śnieżnej zadymce, widma i widziadła. Ale to więcej niż nic. To już całkiem dużo. Przecież, jak zauważa jeden z bohaterów filmu, siłą zdolną pokonać komunizm, jest wyobraźnia.
Zapisz się na nasz newsletter!„Zima (…)” wyrasta z opowiadania Olgi Tokarczuk „Profesor Andrews w Warszawie”. Szkielet obu historii jest wspólny – do stolicy w przeddzień ogłoszenia stanu wojennego trafia profesor(ka) psychiatrii z Londynu. Uczony/a, specjalist(k)a od snu, ma wygłosić wykład poświęcony najnowszym odkryciom w swojej dziedzinie. Okazuje się jednak, że atmosfera w mieście nie sprzyja akademickim dyskusjom. Warszawa znajduje się w stanie narastającego napięcia, naznaczonego przeczuciem nadchodzącej katastrofy.
Tu zaczynają się jednak istotne różnice. Podczas gdy Andrews z opowiadania doświadczał grozy codzienności, pozostając raczej obserwatorem rozpadającego się świata, filmowa bohaterka zostanie też wciągnięta w polityczną intrygę. Od jej wyborów może zależeć ludzkie życie.
Zobacz zwiastun filmu „Zima pod znakiem wrony”:
Spojrzenie obcego
Realia komunistycznej rzeczywistości, rozlicznych braków, niedostatków i wszechobecnej prowizorki, widzimy w „Zimie (…)” oczami kobiety, która wychowała się w zupełnie innym miejscu. Jej perspektywa obnaża nie tylko absurdy codzienności, ale też mechanizmy opresji, które dla mieszkańców PRL-u stały się niemal niewidzialne: wszechobecną kontrolę, samowolę władzy, a także nieufność, która zatruwa wszelkie relacje międzyludzkie.
Andrews jawi się jako osoba całkowicie bezbronna. Doświadczenia wyniesione z demokratycznego kraju nie tylko jej nie chronią, ale wręcz narażają na tym większe niebezpieczeństwa. Naiwne, a wręcz dziecinne (jak się tu wydaje) zaufanie do instytucji – policji, urzędów – i wiara w istnienie stabilnych norm, nie mogą przecież pomóc w państwie, w którym władza bezkarnie zabija obywateli.
Najciekawsze w „Zimie (…)” nie jest jednak początkowe nieprzystosowanie bohaterki, ale to, w jaki sposób poddaje się ona mimowolnemu i koniecznemu procesowi adaptacji. Andrews uczy się nawigować w niedorzecznych realiach stanu wojennego. Poznaje reguły opresyjnego systemu pilnie, jak nowy język. Wreszcie – zajmuje stanowisko w narastającym konflikcie.
Podążając tą drogą, jest podobna do Józefa K. z „Procesu” Franza Kafki. Godnie uczestniczy w absurdalnym spektaklu z własnym udziałem i nie ustaje w próbach zrozumienia jego scenariusza. W postawie bohaterki jest coś heroicznego i tragicznego zarazem. Heroicznego, bo w tej rzeczywistości sama wiara w sens jest aktem odwagi. Tragicznego, bo oblężenie miasta trwa przecież wiecznie i nie jest całkiem jasne, kto je prowadzi.

Język w kryzysie
„Zima (…)” będzie znakomitym kontekstem do rozmów o literackich obrazach stanu wojennego. Uzupełni interpretacje „Raportu z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta i „Raportu ze stanu wojennego” Marka Nowakowskiego. Będzie ciekawym punktem odniesienia dla szeroko rozumianej literatury wobec totalitaryzmów (Orwell, Huxley, Borowski, Herling-Grudziński). Wpisze się też w dyskusje o kryzysie języka, poszukującego nowych strategii, by wciąż opierać się oblężeniu (tu np. Różewicz, Białoszewski, ale też „Budowałam barykadę” Świrszczyńskiej, czy poezja Nowej Fali).
Sama „Zima (…)” nie trzyma się jednego porządku estetycznego – testuje różne sposoby obrazowania. Choć przedstawioną historię można osadzić w konkretnych realiach, a fabuła ma wyraźne kontury i – całkiem klasycznie – zmierza ku punktowi kulminacyjnemu, bliższa perspektywa ujawnia pęknięcia. Groza i absurd stopniowo wykrzywiają kolejne miejsca i sytuacje. Rodzi to pytania o status przedstawionej rzeczywistości, które można postawić także na lekcji. Czy Warszawa, po której porusza się bohaterka, jest na pewno realnym miastem? Kto mieszka w mrocznych kamienicach? Co próbują wyrazić oczy tajemniczych, milczących ludzi? Oniryzm działa tu dwojako – z jednej strony metaforyzuje i uniwersalizuje doświadczenia bohaterki, z drugiej – staje się kolejnym językiem oporu wobec doświadczeń, które nigdy nie powinny wydostać się z koszmaru. Przecież, jak przekonuje kronikarz Herberta, w oblężonym mieście sny (i tylko one), „nie zostały upokorzone”.

Miasto-potwór
Przestrzeń w „Zimie (…)” zdaje się osobnym bohaterem opowieści. Początkowo nieco mroczna, lecz wciąż ograniczona ramami konwencji realistycznej, stopniowo rozpada się, umyka w betonowe labirynty i roztapia w bieli śniegu. Warszawa jest jednocześnie bezwzględnie prawdziwa i brutalna – jak osiedla z wielkiej płyty – oraz zadziwiająco plastyczna, skłonna do entropii, a nawet możliwa do ontologicznego zakwestionowania.
Miasto pozostaje w ścisłym, symbiotycznym związku z emocjami bohaterów. Nie tylko sprzyja siłom derealizacji, a momentami nawet depersonalizacji, potęgując zagubienie i poczucie osaczenia, ale także odpowiada własnym rozpadem na narastające u Andrews poczucie bezsensu.
Warszawę z „Zimy…” warto skonfrontować z innymi znanymi uczniom obrazami koszmarnych miast, zwłaszcza z Petersburgiem („Dziady, cz. III”, „Zbrodnia i kara”) oraz z rozmaitymi wyobrażeniami fikcyjnych dystopii: Oceanią, Światowym Państwem, Megapolis czy Kapitolem.
*
„Zima pod znakiem wrony” nie jest jedynie filmową opowieścią o stanie wojennym. Stanowi też ważny głos w refleksji nad tym, jak opisywać terror władzy. Perspektywa przybysza z Londynu uwidacznia rozdźwięk między światem, w którym obowiązują instytucjonalne gwarancje sensu i bezpieczeństwa, a przestrzenią samowoli i bezprawia. To, co dla Andrews jawi się jako absurd deformujący obraz rzeczywistości – możliwej do zrozumienia jedynie jako koszmar – dla mieszkańców Warszawy stanowi oswojoną codzienność. „Zima (…)” pokazuje, że w takich realiach wyobraźnia pozostaje jedną z ostatnich przestrzeni wolności i językiem oporu wobec świata, który próbuje unieważnić sens.
Na film „Zima pod znakiem wrony” zapraszamy do kin od 20 lutego!
Agata Szulc-Woźniak
